Na pogrzeb jednego z ostatnich obrońców Westerplatte - ppor. Aleksego Kowalika, nie pofatygował się ani minister obrony narodowej, ani żaden z jego zastępców. W 2009 roku pogrzeb Harry´ego Patcha, ostatniego brytyjskiego weterana I wojny światowej, zgromadził tysiące osób, rząd zaprosił dyplomatów z krajów europejskich, mowę pożegnalną wygłosił gen. Richard Dannatt, szef sztabu generalnego brytyjskiej armii. - Kowalik był w moim wieku. Służył w innej jednostce, która później przyjechała na Westerplatte. Na jego pogrzebie powinien być ktoś z ministerstwa - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" kpt. Ignacy Skowron, obrońca tranzytowej składnicy broni na Westerplatte w wojnie obronnej 1939 roku.
W krajach zachodnich weteranów wojennych traktuje się jak bohaterów, a ich pogrzeby są ogromnymi uroczystościami patriotycznymi, z udziałem władz państwowych. Aleksy Kowalik przed wybuchem II wojny światowej pracował na roli. W czasie mobilizacji został przydzielony do 77. Pułku Legionów w Lidzie. Stamtąd 31 lipca 1939 roku skierowano go na Westerplatte. Podczas wrześniowych walk obsługiwał działko przeciwpancerne. Zniszczył m.in. cysternę, za pomocą której Niemcy chcieli spalić obrońców. Po wojnie otrzymał nominację na podporucznika w stanie spoczynku. Został również odznaczony m.in.: Krzyżem Walecznych, Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Zmarł 10 lipca w wieku 96 lat. Pogrzeb odbył się dwa dni później w Blachowni na cmentarzu przy parafii Najświętszego Zbawiciela.
"Nasz Dziennik" ustalił, że na uroczystości żałobnej zabrakło przedstawicieli Ministerstwa Obrony Narodowej. Nie przyjechał ani szef resortu Bogdan Klich, ani żaden z jego zastępców. Jak wynika z informacji udzielonej nam przez Janusza Sejmeja, rzecznika MON, na pogrzebie ppor. Kowalika obecna była tylko wojskowa asysta honorowa wraz z posterunkami honorowymi, wystawionymi przez żołnierzy 1. Pułku Specjalnego Komandosów z Lublińca. Zażenowany tym faktem jest Romuald Szeremietiew, były minister obrony narodowej. - Jest to co najmniej nietakt, chociaż nazwałbym to ostrzej - skandalem. Dlatego że obrona Westerplatte jest pewnym symbolem, jeśli chodzi o tradycję wojskową. To był wielki, bohaterski czyn - mówi Szeremietiew.
W opinii Romualda Szeremietiewa, sprawa upamiętnień żołnierzy z Westerplatte jest o tyle ważna, że od pewnego czasu mamy do czynienia z próbami obniżenia rangi tego wydarzenia, poczynając od dowódcy tej placówki mjr. Henryka Sucharskiego. - Komuś co najmniej nie wystarczyło wyobraźni, ponieważ odejście jednego z ostatnich obrońców Westerplatte jest również pewnym zdarzeniem w wymiarze symbolicznym. Odchodzą ludzie zasłużeni dla Ojczyzny i Polska powinna o nich pamiętać - zaznacza Szeremietiew.
Wskazuje jako przykład pogrzeb w 2009 roku szeregowego Harry´ego Patcha, ostatniego w Wielkiej Brytanii weterana I wojny światowej, który zgromadził tysiące ludzi, dyplomatów z krajów europejskich, a przemówienie wygłosił wówczas m.in. gen. Richard Dannatt, szef sztabu generalnego armii brytyjskiej. - To było wielkie wydarzenie. Jakiś czas temu uznałem jednak, że nic mnie nie może już zaskoczyć w postępowaniu polskiego ministra obrony narodowej, ale po raz kolejny zostałem zadziwiony - podkreśla Szeremietiew. Według niego, jeżeli na pogrzeb w Blachowni nie był już w stanie przyjechać sam minister Bogdan Klich, to mógł chociaż wydelegować któregoś z wiceministrów.
W opinii kombatantów, obecność wysokiego urzędnika MON lub oficera wyższej rangi byłaby jak najbardziej wskazana. - Kowalik był w moim wieku. Służył w innej jednostce, która później przyjechała na Westerplatte. Powinien ktoś przybyć z ministerstwa na jego pogrzeb - przyznaje kpt. Ignacy Skowron, obrońca Westerplatte.
Generał Roman Polko, były dowódca jednostki specjalnej GROM i szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, określa sytuację absencji reprezentantów MON w Blachowni jako przykrą. - Ministerstwo to ogromna instytucja. Jest tam departament społeczno-wychowawczy i ludzie, którzy się tym zajmują. Ktoś powinien ponieść za to odpowiedzialność. Nie potrafię zrozumieć, że na pogrzebie nie było odpowiednich przedstawicieli. To bardzo przykre. Westerplatczyków można policzyć na palcach jednej ręki - zaznacza gen. Polko. Wskazuje na szacunek, jakim są otoczeni weterani w Stanach Zjednoczonych. - Podczas świąt, uroczystości wojskowych czy na przykład mojej promocji kursu "Rangersów" zawsze głównym zaproszonym nie był wizytujący generał, ale właśnie bohaterowie z dawnych czasów. Myślę, że w Polsce również powinniśmy o nich pamiętać - mówi gen. Roman Polko.
Posłowie opozycji z ubolewaniem przyjmują informację o braku przedstawicieli resortu na uroczystościach. - Smutne jest dla nas wszystkich, że minister nie widział potrzeby obecności w tak ważnej chwili. Bo przede wszystkim o takich ludzi należy dbać. Resort obrony powinien pokazać, że jest razem z rodziną zmarłego, ostatnimi westerplatczykami, tamtym i nowym, młodym pokoleniem - ocenia poseł Marek Opioła (PiS) z sejmowej Komisji Obrony Narodowej. W jego opinii, to bardzo ważny problem, bo odchodzi pokolenie obrońców Ojczyzny z 1939 roku. - Jeżeli nie będziemy o nich pamiętać i znać swojej historii, grozi nam zagłada - kwituje Opioła.
O pogrzebie Kowalika trudno znaleźć jakąkolwiek informację na stronach internetowych MON. Pod datą 12 lipca znajduje się tylko depesza, że Klich pożegnał reprezentantów Wojska Polskiego lecących na V Światowe Wojskowe Igrzyska Sportowe w Rio de Janeiro. Druga natomiast wiadomość z tego dnia dotyczy wizyty w Sztabie Generalnym WP generała broni Davida Rodrigueza, dowódcy Połączonego Dowództwa Międzynarodowych Sił Wspierania Bezpieczeństwa w Islamskiej Republice Afganistanu.
Jacek Dytkowski
Smutno mi, Boże, więc wołam i piszę, Czy modły Dzieci nic znaczyć nie mogą? Bo nim odejdę w wieczną ciszę, Chcę ujrzeć, Polsko, twą szczęśliwszą drogę... Stoję nad grobem - już niewiele życia, A tak Cię bardzo, Polsko, ukochałam! Od dni zarania, niemal od powicia, Tobie, Ojczyzno, mą miłość wyznałam. Śniłam o Tobie! O Twojej wielkości! Marzyłam ciągle, na jawie i we śnie, Służyłam Tobie ofiarnie, z miłością, Ale zło gnębi Ciebie bezlitośnie...
22 lip 2011
19 lip 2011
Gwiazda z licytacji
Odznaczenia za nienaganną służbę za granicą będą mogli otrzymywać funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu i żołnierze służący poza kontyngentami wojskowymi - chce tego prezydent. Krytycy wskazują, że obniży to i tak niską rangę tego odznaczenia, które trafia już na aukcje internetowe. Dotychczas MON wnioskowało o przyznanie ok. 33 tys. gwiazd.
Prezydencka propozycja zmierza do rozszerzenia grupy osób, którym będą nadawane pamiątkowe odznaczenia za co najmniej jeden dzień nienagannej służby w polskich kontyngentach wojskowych poza granicami. Chodzi o żołnierzy pełniących służbę poza kontyngentami, ale w międzynarodowych strukturach wojskowych, oraz załogi wojskowych samolotów i funkcjonariuszy BOR, pod warunkiem że wykonywali zadania w rejonie operacji polskich żołnierzy lub w ramach działań polskiego kontyngentu.
Z kolei Gwiazdę Załóg Latających mieliby otrzymać piloci kontyngentu "Orlik", którzy w ramach rotacyjnej misji NATO odpowiadali za obronę przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii. Rozwiązanie to popiera MON. Wiceminister obrony Czesław Piątas stwierdził, że ten zapis wypełnia lukę dotyczącą możliwości odznaczania lotników, także tych, którzy transportują zaopatrzenie do kontyngentów.
Krytycy prezydenckiego projektu wskazują, że jest to poszerzanie kręgu osób, które mogą być odznaczone pamiątkową gwiazdą, w sytuacji gdy ma ona i tak już niską rangę.
- Najbardziej cenione są oczywiście w wojsku odznaczenia za męstwo - zauważa Romuald Szeremietiew, były minister obrony. Podkreśla on, że żołnierze służący w polskich kontyngentach powinni być honorowani tego typu odznakami. - Jeżeli chcemy wyróżnić i docenić żołnierzy, to trzeba ich odznaczać odznaczeniami bojowymi - mówi były wiceszef MON. - Jestem zaskoczony tym, że działania bojowe, w których uczestniczą żołnierze, nie zasługują na odznaczenia bojowe - dodaje.
Prezydent Bronisław Komorowski po raz pierwszy o pomyśle noweli ustawy o orderach i odznaczeniach poinformował w połowie czerwca, podczas obchodów święta BOR. Jedną z motywacji było to, że w 2007 r. w zamachu na polskiego ambasadora w Iraku gen. Edwarda Pietrzyka zginął oficer BOR ppor. Bartosz Orzechowski.
Krytycy rozszerzania kręgu odznaczonych wskazują, że i tak ranga gwiazdy uległa obniżeniu. Według informacji MON, wystosowano około 33 tys. wniosków o jej przyznanie, z czego dotychczas ponad 10 tys. żołnierzy otrzymało Gwiazdę Iraku, a ok. 8 tys. Gwiazdę Afganistanu.
Jakie jest podejście żołnierzy do tego honorowego odznaczenia, pokazuje fakt, że trafiają one na różnego rodzaju aukcje internetowe. Pół roku temu dziennikarze kupili Gwiazdę Afganistanu za 700 złotych.
- Mieliśmy o tym informacje, jednak od tamtego czasu nie było takich sygnałów. Ale trudno mi powiedzieć, biorąc pod uwagę wielość portali, czy gdzieś się jeszcze nie pojawiły te odznaczenia - mówi ppłk Mirosław Ochyra, rzecznik prasowy Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych.
Według założeń Kancelarii Prezydenta, odznaczenie ma otrzymać dodatkowo około 2 tys. osób, co będzie kosztowało budżet kancelarii 200 tys. złotych. Kancelaria pod koniec zeszłego roku była już krytykowana za zwiększenie budżetu m.in. w związku z licznymi odznaczeniami.
Politycy opozycji zwracają uwagę na szybką ścieżkę legislacyjną prezydenckiego projektu w porównaniu z innymi, które zalegają u marszałka Sejmu.
- Dlaczego tak szybko to idzie - 28 maja prezydent zgłosił, a już debatujemy nad tym? - zastanawia się poseł Henryk Młynarczyk (PiS), członek sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Komisja jest już po pierwszym czytaniu, a należy się spodziewać, że projekt będzie dyskutowany podczas następnego posiedzenia Sejmu.
Zenon Baranowski
Prezydencka propozycja zmierza do rozszerzenia grupy osób, którym będą nadawane pamiątkowe odznaczenia za co najmniej jeden dzień nienagannej służby w polskich kontyngentach wojskowych poza granicami. Chodzi o żołnierzy pełniących służbę poza kontyngentami, ale w międzynarodowych strukturach wojskowych, oraz załogi wojskowych samolotów i funkcjonariuszy BOR, pod warunkiem że wykonywali zadania w rejonie operacji polskich żołnierzy lub w ramach działań polskiego kontyngentu.
Z kolei Gwiazdę Załóg Latających mieliby otrzymać piloci kontyngentu "Orlik", którzy w ramach rotacyjnej misji NATO odpowiadali za obronę przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii. Rozwiązanie to popiera MON. Wiceminister obrony Czesław Piątas stwierdził, że ten zapis wypełnia lukę dotyczącą możliwości odznaczania lotników, także tych, którzy transportują zaopatrzenie do kontyngentów.
Krytycy prezydenckiego projektu wskazują, że jest to poszerzanie kręgu osób, które mogą być odznaczone pamiątkową gwiazdą, w sytuacji gdy ma ona i tak już niską rangę.
- Najbardziej cenione są oczywiście w wojsku odznaczenia za męstwo - zauważa Romuald Szeremietiew, były minister obrony. Podkreśla on, że żołnierze służący w polskich kontyngentach powinni być honorowani tego typu odznakami. - Jeżeli chcemy wyróżnić i docenić żołnierzy, to trzeba ich odznaczać odznaczeniami bojowymi - mówi były wiceszef MON. - Jestem zaskoczony tym, że działania bojowe, w których uczestniczą żołnierze, nie zasługują na odznaczenia bojowe - dodaje.
Prezydent Bronisław Komorowski po raz pierwszy o pomyśle noweli ustawy o orderach i odznaczeniach poinformował w połowie czerwca, podczas obchodów święta BOR. Jedną z motywacji było to, że w 2007 r. w zamachu na polskiego ambasadora w Iraku gen. Edwarda Pietrzyka zginął oficer BOR ppor. Bartosz Orzechowski.
Krytycy rozszerzania kręgu odznaczonych wskazują, że i tak ranga gwiazdy uległa obniżeniu. Według informacji MON, wystosowano około 33 tys. wniosków o jej przyznanie, z czego dotychczas ponad 10 tys. żołnierzy otrzymało Gwiazdę Iraku, a ok. 8 tys. Gwiazdę Afganistanu.
Jakie jest podejście żołnierzy do tego honorowego odznaczenia, pokazuje fakt, że trafiają one na różnego rodzaju aukcje internetowe. Pół roku temu dziennikarze kupili Gwiazdę Afganistanu za 700 złotych.
- Mieliśmy o tym informacje, jednak od tamtego czasu nie było takich sygnałów. Ale trudno mi powiedzieć, biorąc pod uwagę wielość portali, czy gdzieś się jeszcze nie pojawiły te odznaczenia - mówi ppłk Mirosław Ochyra, rzecznik prasowy Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych.
Według założeń Kancelarii Prezydenta, odznaczenie ma otrzymać dodatkowo około 2 tys. osób, co będzie kosztowało budżet kancelarii 200 tys. złotych. Kancelaria pod koniec zeszłego roku była już krytykowana za zwiększenie budżetu m.in. w związku z licznymi odznaczeniami.
Politycy opozycji zwracają uwagę na szybką ścieżkę legislacyjną prezydenckiego projektu w porównaniu z innymi, które zalegają u marszałka Sejmu.
- Dlaczego tak szybko to idzie - 28 maja prezydent zgłosił, a już debatujemy nad tym? - zastanawia się poseł Henryk Młynarczyk (PiS), członek sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Komisja jest już po pierwszym czytaniu, a należy się spodziewać, że projekt będzie dyskutowany podczas następnego posiedzenia Sejmu.
Zenon Baranowski
17 lip 2011
PRZED PANEM ŻNIWA
My nieroztropni dzierżawcy pola,
choć świeci słońce, zroszona rola,
ziarno do serca nieprzytulone,
śród cierni, chwastów rodzi źdźbła płone...
O my człowiecze ułomne syny,
ziarna w nas miarka, a wóz płoniny,
więc w potach czoła bielmy sukmany,
na sąd z włodarstwa każdy pozwany.
Chcąc się nie wstydzić przed Panem Żniwa,
niech każda praca będzie gorliwa,
trud, ból z modlitwą ślijmy w Niebiosy,
by snop ostatni miał pełne kłosy.
Rodzina - Wiara - Miłość
Tak więc pozbyć się starego człowieka, który się żyć jak dawniej; dawną niszczonego przez podstępne pragnień. Waszych serc i myśli muszą być całkowicie nowe. Należy umieścić w nowego człowieka, który jest tworzony na podobieństwo Boga i objawia się w prawdziwym życiu, które jest prawe i święte. (Ef 4, 22-24)
15 lip 2011
Ze wskazaniem na Klicha i Arabskiego
Raport w sprawie katastrofy Tu-154M na lotnisku Smoleńsk Północny autorstwa komisji Jerzego Millera nie zawiera zdań odrębnych, a z jego publikacją powinny być związane dwie dymisje: ministra obrony narodowej Bogdana Klicha i szefa kancelarii premiera Tomasza Arabskiego - ustalił "Nasz Dziennik".
Raport jest tekstem jednolitym i w oparciu o zebraną dokumentację opisuje m.in. odpowiedzialność resortów i służb za przygotowanie wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Według naszych informacji, z publikacją raportu powinny być połączone dymisje ministra Bogdana Klicha oraz Tomasza Arabskiego. Stąd też bierze się cały kłopot z terminem ujawnienia dokumentu. Jak wynika z informacji ze źródeł zbliżonych do Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, do których dotarł "Nasz Dziennik", raport komisji Millera na temat katastrofy samolotu Tu-154M jest gotowy, nie posiada zdań odrębnych, a co najważniejsze - rzetelnie odnosi się do zgromadzonej dokumentacji. - O ile wiem, dokument komisji wprawił rząd w spore zakłopotanie.
Pokazano w nim m.in. kwestie systemowe, których zaniedbanie doprowadziło do rozkładu lotnictwa wojskowego - usłyszeliśmy. Według wstępnych założeń raport planowano opublikować w okolicach 20 czerwca w trzech etapach. W pierwszej kolejności do dokumentu miałby odnieść się premier Donald Tusk, a jego wystąpienie miałoby być połączone z dymisją dwóch ministrów w związku z zaniedbaniami przy organizacji wylotu. Według naszego rozmówcy, wątpliwości nie budzi odpowiedzialność ministra Bogdana Klicha, szefa resortu obrony, oraz Tomasza Arabskiego, szefa kancelarii premiera, który w myśl zapisów instrukcji HEAD jest ministrem odpowiedzialnym za dysponowanie flotą 36.
Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego w zakresie przewozu VIP-ów.
Według naszego rozmówcy, w dalszej kolejności podczas prezentacji raportu mają zostać pokazane "tematy wojskowe" związane z katastrofą, szkoleniem, przygotowaniem i obsługą lotów o statusie HEAD, a na koniec poruszone będą "problemy ogólne" związane z lotem 10 kwietnia 2010 roku. W jego ocenie, wnioski płynące z raportu Millera są niewygodne dla rządu i to jest główny powód "wydłużających się tłumaczeń". Jak usłyszeliśmy, sprawa jest na tyle drażliwa, że obecnie trudno jednoznacznie wyrokować, kiedy raport zostanie ujawniony.
Potwierdzają to dotychczasowe ustalenia. Właśnie tych dwóch ministrów jako odpowiedzialnych za organizację wylotu delegacji prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Smoleńska wskazywał Antoni Macierewicz, szef Zespołu Parlamentarnego ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 roku. Poseł powoływał się na treść decyzji szefa MON z 9 czerwca 2009 roku nr 184 w sprawie wprowadzenia do użytku w lotnictwie Sił Zbrojnych RP "Instrukcji organizacji lotów statków powietrznych o statusie HEAD", która składa główną odpowiedzialność za przyznawanie, zamawianie statków powietrznych właśnie na szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
Z dokumentu tego wynika, że to szef KPRM składa zamówienie na rejs samolotu, które następnie przekazuje dowódcy Sił Powietrznych i informuje o nim dowódcę jednostki wojskowej realizującej lot oraz szefa Biura Ochrony Rządu. Zamówienie ma formę polecenia, a nawet rozkazu.
W tym zakresie rysuje się też odpowiedzialność szefa MON za działanie służb mu podległych sprawujących pieczę nad organizacją lotu. Z decyzji Klicha wynika np. konieczność przeprowadzenia lotu kontrolnego statku powietrznego, obowiązek monitorowania go przez podległe MON służby i przekazywania przez nie informacji na temat pogody oraz "śledzenie" (przy wykorzystaniu radiostacji) statku powietrznego za granicą.
Już z dotychczasowych ustaleń wojskowej prokuratury oraz zmian, jakie po katastrofie wprowadzono w Siłach Powietrznych, wynika, że wojskowe służby meteorologiczne nie dopełniły właściwie swoich obowiązków. Były też problemy z nawiązaniem kontaktu z samolotem i przekazaniem mu ostrzeżeń meteorologicznych. W Centrum Operacji Powietrznych Dowództwa SP brakowało też informacji na temat aktualnego stanu lotu czy wybranych w planie lotu lotnisk zapasowych. Jak ustaliliśmy, lista uwag do szefa MON może być dłuższa, bo to on odpowiada za stan lotnictwa wojskowego, w tym za specpłupłk, o którego złym stanie wyposażenia minister Klich był informowany jeszcze przez śp. gen. Andrzeja Błasika.
Pracowali na jednomyślny raport
Według wczorajszych doniesień wPolityce.pl, nie ma ostatecznej wersji raportu Millera. Według portalu, przekazany premierowi Donaldowi Tuskowi raport to tylko jedna z końcowych jego wersji, a nie oficjalny dokument komisji. Opierając się na anonimowych informacjach, portal twierdzi, że "nie było żadnego spotkania, na którym członkowie komisji przyjmowaliby jakąś finalną wersję raportu". Co więcej, członkowie komisji "nie złożyli podpisów na żadnej z wersji materiału", a zatem nie ma mowy "o żadnej ostatecznej wersji, w której premier nie zmieniałby nawet przecinka"
. Zmiany treści są możliwe, a według publikacji trwają przepychanki pomiędzy ministrami i kierownikami instytucji biorących udział w przygotowaniu wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Katynia i jej zabezpieczeniu, bo nikt nie chce brać na swoje barki choćby części odpowiedzialności za tragedię. Z tego też powodu odkładany jest termin publikacji raportu.
Sprawy nie komentuje Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Małgorzata Woźniak, rzecznik resortu, w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" zaznaczyła, że nie udziela w tym zakresie żadnych informacji.
Dopytywana, przyznała, że nie ma też żadnej wiedzy na temat daty publikacji raportu.
Doniesieniami wyraźnie zdziwiony był Maciej Lasek, zastępca przewodniczącego podkomisji lotniczej KBWLLP. Pytany o brak oficjalnej wersji raportu, przyznał, iż nie wie, skąd może pochodzić taka informacja. Lasek nie chciał jednak odnosić się do informacji dotyczących samej zawartości raportu. Dopytywany, czyje podpisy znalazły się pod dokumentem przekazanym premierowi i czy należały one do wszystkich członków komisji, zaznaczył, że będzie mógł wypowiadać się na ten temat, gdy raport zostanie opublikowany. - Mogę jedynie pana zapewnić, że członkowie komisji ciężko pracowali, by w raporcie nie było zdań odrębnych - dodał Lasek.
Marcin Austyn
Raport jest tekstem jednolitym i w oparciu o zebraną dokumentację opisuje m.in. odpowiedzialność resortów i służb za przygotowanie wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Według naszych informacji, z publikacją raportu powinny być połączone dymisje ministra Bogdana Klicha oraz Tomasza Arabskiego. Stąd też bierze się cały kłopot z terminem ujawnienia dokumentu. Jak wynika z informacji ze źródeł zbliżonych do Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, do których dotarł "Nasz Dziennik", raport komisji Millera na temat katastrofy samolotu Tu-154M jest gotowy, nie posiada zdań odrębnych, a co najważniejsze - rzetelnie odnosi się do zgromadzonej dokumentacji. - O ile wiem, dokument komisji wprawił rząd w spore zakłopotanie.
Pokazano w nim m.in. kwestie systemowe, których zaniedbanie doprowadziło do rozkładu lotnictwa wojskowego - usłyszeliśmy. Według wstępnych założeń raport planowano opublikować w okolicach 20 czerwca w trzech etapach. W pierwszej kolejności do dokumentu miałby odnieść się premier Donald Tusk, a jego wystąpienie miałoby być połączone z dymisją dwóch ministrów w związku z zaniedbaniami przy organizacji wylotu. Według naszego rozmówcy, wątpliwości nie budzi odpowiedzialność ministra Bogdana Klicha, szefa resortu obrony, oraz Tomasza Arabskiego, szefa kancelarii premiera, który w myśl zapisów instrukcji HEAD jest ministrem odpowiedzialnym za dysponowanie flotą 36.
Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego w zakresie przewozu VIP-ów.
Według naszego rozmówcy, w dalszej kolejności podczas prezentacji raportu mają zostać pokazane "tematy wojskowe" związane z katastrofą, szkoleniem, przygotowaniem i obsługą lotów o statusie HEAD, a na koniec poruszone będą "problemy ogólne" związane z lotem 10 kwietnia 2010 roku. W jego ocenie, wnioski płynące z raportu Millera są niewygodne dla rządu i to jest główny powód "wydłużających się tłumaczeń". Jak usłyszeliśmy, sprawa jest na tyle drażliwa, że obecnie trudno jednoznacznie wyrokować, kiedy raport zostanie ujawniony.
Potwierdzają to dotychczasowe ustalenia. Właśnie tych dwóch ministrów jako odpowiedzialnych za organizację wylotu delegacji prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Smoleńska wskazywał Antoni Macierewicz, szef Zespołu Parlamentarnego ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 roku. Poseł powoływał się na treść decyzji szefa MON z 9 czerwca 2009 roku nr 184 w sprawie wprowadzenia do użytku w lotnictwie Sił Zbrojnych RP "Instrukcji organizacji lotów statków powietrznych o statusie HEAD", która składa główną odpowiedzialność za przyznawanie, zamawianie statków powietrznych właśnie na szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
Z dokumentu tego wynika, że to szef KPRM składa zamówienie na rejs samolotu, które następnie przekazuje dowódcy Sił Powietrznych i informuje o nim dowódcę jednostki wojskowej realizującej lot oraz szefa Biura Ochrony Rządu. Zamówienie ma formę polecenia, a nawet rozkazu.
W tym zakresie rysuje się też odpowiedzialność szefa MON za działanie służb mu podległych sprawujących pieczę nad organizacją lotu. Z decyzji Klicha wynika np. konieczność przeprowadzenia lotu kontrolnego statku powietrznego, obowiązek monitorowania go przez podległe MON służby i przekazywania przez nie informacji na temat pogody oraz "śledzenie" (przy wykorzystaniu radiostacji) statku powietrznego za granicą.
Już z dotychczasowych ustaleń wojskowej prokuratury oraz zmian, jakie po katastrofie wprowadzono w Siłach Powietrznych, wynika, że wojskowe służby meteorologiczne nie dopełniły właściwie swoich obowiązków. Były też problemy z nawiązaniem kontaktu z samolotem i przekazaniem mu ostrzeżeń meteorologicznych. W Centrum Operacji Powietrznych Dowództwa SP brakowało też informacji na temat aktualnego stanu lotu czy wybranych w planie lotu lotnisk zapasowych. Jak ustaliliśmy, lista uwag do szefa MON może być dłuższa, bo to on odpowiada za stan lotnictwa wojskowego, w tym za specpłupłk, o którego złym stanie wyposażenia minister Klich był informowany jeszcze przez śp. gen. Andrzeja Błasika.
Pracowali na jednomyślny raport
Według wczorajszych doniesień wPolityce.pl, nie ma ostatecznej wersji raportu Millera. Według portalu, przekazany premierowi Donaldowi Tuskowi raport to tylko jedna z końcowych jego wersji, a nie oficjalny dokument komisji. Opierając się na anonimowych informacjach, portal twierdzi, że "nie było żadnego spotkania, na którym członkowie komisji przyjmowaliby jakąś finalną wersję raportu". Co więcej, członkowie komisji "nie złożyli podpisów na żadnej z wersji materiału", a zatem nie ma mowy "o żadnej ostatecznej wersji, w której premier nie zmieniałby nawet przecinka"
. Zmiany treści są możliwe, a według publikacji trwają przepychanki pomiędzy ministrami i kierownikami instytucji biorących udział w przygotowaniu wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Katynia i jej zabezpieczeniu, bo nikt nie chce brać na swoje barki choćby części odpowiedzialności za tragedię. Z tego też powodu odkładany jest termin publikacji raportu.
Sprawy nie komentuje Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Małgorzata Woźniak, rzecznik resortu, w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" zaznaczyła, że nie udziela w tym zakresie żadnych informacji.
Dopytywana, przyznała, że nie ma też żadnej wiedzy na temat daty publikacji raportu.
Doniesieniami wyraźnie zdziwiony był Maciej Lasek, zastępca przewodniczącego podkomisji lotniczej KBWLLP. Pytany o brak oficjalnej wersji raportu, przyznał, iż nie wie, skąd może pochodzić taka informacja. Lasek nie chciał jednak odnosić się do informacji dotyczących samej zawartości raportu. Dopytywany, czyje podpisy znalazły się pod dokumentem przekazanym premierowi i czy należały one do wszystkich członków komisji, zaznaczył, że będzie mógł wypowiadać się na ten temat, gdy raport zostanie opublikowany. - Mogę jedynie pana zapewnić, że członkowie komisji ciężko pracowali, by w raporcie nie było zdań odrębnych - dodał Lasek.
Marcin Austyn
14 lip 2011
RANY !!!! AŻ TYLE MOŻE BYĆ TWOJE
Idź z powrotem przez całe życie do chwili, kiedy został poczęty. Oczyścić moje ciało i uwolni mnie od tych rzeczy, które mogą wywrzeć negatywny wpływ w tym momencie. Pobłogosław mnie, kiedy powstawał w łonie matki mojej i usunięcie wszelkich przeszkód w całości, które mogą mieć wpływ na mnie w ciągu tych miesięcy pozbawienia wolności.
Daj mi głębokie pragnienie, by narodzić się na nowo i uleczyć wszelkie osoby fizyczne lub emocjonalne urazy, które mogłyby zaszkodzić mi w trakcie porodu. Dziękuję Ci, Panie, za to, że nie przyjęli mnie w swoje ramiona w chwili mojego urodzenia powitać mnie na ziemię i zapewniają mnie, że nigdy nie zawiedzie mnie i mnie opuszczać.
Jezus, proszę was otoczyć moim dzieciństwie z lekkich i dotknąć tych wspomnień, które powstrzymać mnie od bycia wolnym. Jeśli potrzebuje więcej miłości matki, wyślij mi swoją matkę, Maryję, aby zapewnić co brakuje. Zapytaj ją do trzymaj mnie blisko, aby mnie pocałować, powiedzieć mi historie i wypełnić te puste części mnie, które muszą komfort i ciepło tylko matka może dać.
Być może wewnątrz dziecko wyzuty w obszarze miłość ojca. Panie, pozwól mi być wolne, aby płakać "Abba", tato, każdą częścią mojej istoty. Gdybym potrzebował więcej jest miłość ojca i bezpieczeństwa, aby zapewnić mi się, że chciał i kochał bardzo mocno, proszę trzymać mnie i daj mi czuć się silny, ochronne ramiona. Daj mi odnowione zaufanie i odwagę podejmowania prób na świecie, ponieważ wiem, że mój miłości Ojca będzie wspierał mnie, jeśli się chwieją się i padają.
Przejdź przez moje życie, Panie, i mnie pocieszyć, gdy inni nie byli tak mili. Leczyć rany spotkań, które opuściły przestraszony, które powodują mnie do wycofania się w siebie i tworzenia barier dla ludzi. Jeśli czuję się samotny, opuszczony i odrzucony przez ludzkość, udziel mi, za pośrednictwem uzdrawiającej miłości, nowe poczucie wartości jako osoby.
Ludzie mnie odrzucali, mówili źle o mnie, kiedy byłem niewinny, i było mi smutno i żal. Panie przyszedł i uzdrowił mnie. Prezentuję moje kompulsywne nawyków i mój stary uszkodzony i zgniłe na Ciebie, obmyj mnie i czyste mnie, Panie.
Jezu, oddaję się wam, ciało, umysł i ducha i dziękuję wam za co mnie cały
SZLACHETNE ZDROWIE
Chyba nie ma osoby, która nie chciałaby mieć pięknej skóry. Jest ona pierwszą oznaką starzenia, dlatego stanowi obiekt zabiegów pielęgnacyjnych. Oprócz przyczyn estetycznych, warto o nią dbać także ze względów zdrowotnych - jej uszkodzenie czy podrażnienie może stać się początkiem szeregu chorób.
Dzisiejszy dodatek zdrowotny poświęcamy właśnie skórze i związanym z nią chorobom.
Lekarz med. Barbara Dziewulska, dermatolog z Centrum Medycznego LUX MED w Warszawie, zdradza, z jakimi najczęściej chorobami skóry przychodzą do niej pacjenci w okresie letnim. Radzi także, jak pielęgnować skórę, aby była piękna i zdrowa.
Wielu młodych ludzi z niecierpliwością czeka na kąpiele słoneczne, mając nadzieję, że rozwiążą one ich problem z trądzikiem. Czy to prawda, że opalenizna łagodzi zmiany trądzikowe? - na to i inne pytania odpowiada lekarz dermatolog.
Podajemy, jak pod względem etiologicznym można podzielić choroby skórne. Piszemy również o niektórych schorzeniach, np. o łuszczycy, łupieżu różowym czy opryszczce. Ponadto dowiedzą się Państwo, jakie mogą być przyczyny najczęstszych chorób skóry i jakie badania w związku z tym należy wykonać. Poruszamy temat pielęgnacji skóry dłoni, szyi i stóp. Świąd, szorstkość i łuszczenie się skóry, zaczerwienione grudki, które się na niej pojawiają, a następnie otwierają się i sączą - to tylko niektóre objawy wysypek wskazujących na chorobę alergiczną. Ten temat również szerzej przedstawiamy w dodatku.
Dzisiejszy dodatek zdrowotny poświęcamy właśnie skórze i związanym z nią chorobom.
Lekarz med. Barbara Dziewulska, dermatolog z Centrum Medycznego LUX MED w Warszawie, zdradza, z jakimi najczęściej chorobami skóry przychodzą do niej pacjenci w okresie letnim. Radzi także, jak pielęgnować skórę, aby była piękna i zdrowa.
Wielu młodych ludzi z niecierpliwością czeka na kąpiele słoneczne, mając nadzieję, że rozwiążą one ich problem z trądzikiem. Czy to prawda, że opalenizna łagodzi zmiany trądzikowe? - na to i inne pytania odpowiada lekarz dermatolog.
Podajemy, jak pod względem etiologicznym można podzielić choroby skórne. Piszemy również o niektórych schorzeniach, np. o łuszczycy, łupieżu różowym czy opryszczce. Ponadto dowiedzą się Państwo, jakie mogą być przyczyny najczęstszych chorób skóry i jakie badania w związku z tym należy wykonać. Poruszamy temat pielęgnacji skóry dłoni, szyi i stóp. Świąd, szorstkość i łuszczenie się skóry, zaczerwienione grudki, które się na niej pojawiają, a następnie otwierają się i sączą - to tylko niektóre objawy wysypek wskazujących na chorobę alergiczną. Ten temat również szerzej przedstawiamy w dodatku.
13 lip 2011
Rastorgujew: Katyń to tajemnica państwowa
Przekazaliśmy stronie polskiej informacje na temat obławy augustowskiej - twierdzi Główna Prokuratura Wojskowa Federacji Rosyjskiej. Z tonu odpowiedzi na list Memoriału w sprawie zbrodni zwanej małym Katyniem należy sądzić, że reakcja na uzupełniony polski wniosek o pomoc prawną dotyczący obławy będzie negatywna.
Pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej prowadzący śledztwo w sprawie obławy augustowskiej podkreśla, że jedyna lakoniczna informacja o liczbie aresztowanych pochodzi z 1995 r., a Rosjanie w odpowiedzi na późniejsze trzy wnioski o pomoc prawną pisali, że nie mają żadnych akt. "Na podstawie wniosków o pomoc prawną ze strony polskiej, w zgodzie z porozumieniem międzynarodowym zebrała wnioskowane informacje o nich i skierowała do wnioskodawców" - napisał W.W. Rastorgujew, naczelnik Wydziału 5. Zarządu Nadzoru Głównej Prokuratury Wojskowej, w odpowiedzi na zapytanie historyka prof. Nikity Pietrowa ze stowarzyszenia Memoriał.
"W związku z Waszym artykułem "Mały Katyń", opublikowanym 08.06.2011 w "Nowej Gazecie", na postawione przez Was pytanie, dlaczego nie ogłoszono decyzji procesowych w rezultacie dochodzenia sprawy "karnej katyńskiej" i "rozprawy z aresztowanymi w wyniku obławy w lesie Augustowskim" w czerwcu 1945 roku, informuję, co następuje. Postanowienie o zamknięciu sprawy "karnej katyńskiej" zawiera wiadomości stanowiące tajemnicę państwową i nie podlega publikacji w druku otwartym" - twierdzi Rastorgujew.
- Nie wiem, czy stronie polskiej poza formalną odpowiedzią ze stycznia 1995 roku przekazano jakiekolwiek dokumenty, spisy zatrzymanych itd. - zastanawia się Pietrow. Pytany o to naczelnik pionu śledczego białostockiego oddziału IPN Zbigniew Kulikowski, gdzie prowadzone jest śledztwo w sprawie obławy białostockiej, stwierdza, że jedyna informacja na ten temat została przesłana przez stronę rosyjską w 1995 roku. Był to efekt wniosków o pomoc prawną skierowany przez poprzednika IPN - Główną Komisję Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, i prokuraturę w Suwałkach.
- Rosyjska prokuratura przesłała do ambasady rosyjskiej w Warszawie informację, że zatrzymane zostały wówczas 592 osoby - mówi prokurator. Podkreśla, że była ona niezmiernie lakoniczna, bo poza liczbą aresztowanych podano jedynie, że dokonały tego jednostki SMIERSZY (sowiecki kontrwywiad wojskowy), a los tych osób jest nieznany.
Kulikowski informuje, że już IPN skierował do Rosji kolejne wnioski o pomoc prawną w 2003, 2006 i w 2009 roku. Na dwa pierwsze przyszła odpowiedź, że żadnych dokumentów w tej sprawie nie ma. - Rosja usztywnia swoje stanowisko, twierdząc, że nie dysponuje żadnymi dokumentami - mówi Kulikowski. Na trzeci wniosek wystosowany w 2009 r. do tej pory nie uzyskano żadnej odpowiedzi. - Pomimo licznych monitów - zaznacza prokurator.
- Przysłana do mnie odpowiedź jest wysoce formalna. Mówią: dochodzenia nie prowadziliśmy, a wszystko, co trzeba, już przekazaliśmy. Przy takim stanowisku prokuratury trudno od niej oczekiwać jakichkolwiek poważnych kroków w kierunku odkrycia wszystkich dokumentów o tej zbrodni - ocenia stanowisko rosyjskiej prokuratury prof. Pietrow.
Tymczasem historyk dotarł do dokumentów w tej sprawie, m.in. planu zagłady 592 osób. Opublikował je w swojej ostatniej książce "Według scenariusza Stalina".
- Myślę, że strona polska może jeszcze raz postawić taki wniosek - o odnalezienie dodatkowych dokumentów, odnalezienie miejsca pochowania straconych, ich rehabilitację - radzi rosyjski historyk.
W reakcji na jego publikację IPN skierował już pod koniec czerwca kolejny, czwarty wniosek o pomoc prawną do Rosji. Kulikowski wyjaśnia, że został on już przekazany stronie rosyjskiej i zawiera prośby o przekazanie kopii dokumentów wymienianych przez Pietrowa.
W wyniku przeprowadzonej w lipcu 1945 r. głównie przy użyciu sił sowieckich obławy augustowskiej śmierć poniosło blisko 600 osób. IPN kwalifikuje ten mord jako zbrodnię przeciwko ludzkości.
- Sprawę Katynia można było zakończyć w połowie lat 90. Ale rosyjska prokuratura przedłużała śledztwo bez powodu. Przecież Putin i Miedwiediew przyznali, że dokonano zbrodni, wiadomo, kto jest jej sprawcą. Pytam więc, kto jeszcze powinien dać zgodę na odtajnienie materiałów - mówił w obszernym wywiadzie udzielonym "Naszemu Dziennikowi" w czerwcu br. prof. Nikita Pietrow. W książce pt. "Według scenariusza Stalina" historyk zacytował dokument z 21 lipca 1945 roku, w którym naczelnik kontrwywiadu wojskowego (SMIERSZ) Abakumow informuje Berię o planach likwidacji 592 "polskich bandytów", członków Armii Krajowej, aresztowanych w rejonie Puszczy Augustowskiej. - Dokument został odnaleziony bardzo dawno, w 1990 roku, kiedy przygotowywaliśmy materiały na proces o prawomocność dekretów Jelcyna delegalizujących Komunistyczną Partię Związku Sowieckiego. Razem z kolegami Nikitą Ochotinem i Arsienijem Roginskim byliśmy biegłymi Sądu Konstytucyjnego. Mieliśmy pełnomocnictwa umożliwiające badanie dokumentów w archiwach i poszukiwaliśmy dowodów na potwierdzenie zarzucanych partii komunistycznej przestępstw przeciwko konstytucji. Że nie była ona organizacją społeczną, a jednym z mechanizmów władzy. Znajdowaliśmy dużo dokumentów i te, które wydawały się przydatne do sprawy przeciwko KPSS, szły bezpośrednio do sądu - relacjonował Pietrow.
Radioszyfrogram dotyczący losów osób zatrzymanych w czasie obławy augustowskiej Pietrow znalazł w archiwum dawnego KGB, nie skopiował go, bo - jak tłumaczył - "wtedy jeszcze niezbyt dobrze znał historię polskiego ruchu oporu i nie do końca zdawał sobie sprawę z jego wagi". - Ale zwróciłem na niego uwagę, zrobiłem dokładny wypis, jednak zostawiłem to, gdyż nie miał wówczas znaczenia dla naszej sprawy: nie było tam żadnych konkretnych postanowień kierownictwa partii, a tylko plan, propozycja działania. I o tym dokumencie właściwie zapomniałem, bo nie zajmowałem się historią polskiego podziemia. Dopiero kilka lat temu Aleksandr Gurianow opowiedział mi o wnioskach polskiej prokuratury do naszej w tej sprawie. Wówczas przypomniałem sobie, że z czymś takim już się spotkałem, zacząłem przeglądać swoje stare zapiski. A ponieważ przygotowywałem książkę na temat działań organów bezpieczeństwa w Europie Wschodniej w latach 1945-1953, postanowiłem, że go w niej umieszczę i w ten sposób zostanie on ujawniony - mówił prof. Pietrow. Dokument znajduje się obecnie w dyspozycji Centralnego Archiwum Federalnej Służby Bezpieczeństwa. W opinii rosyjskiego historyka FSB nie ma żadnych podstaw prawnych, żeby odmówić jego odtajnienia. Jest on dowodem masowych represji i według prawa nie może pozostawać tajny.
Zenon Baranowski
Współpraca Piotr Falkowski
W wyniku przeprowadzonej w lipcu 1945 r. głównie przy użyciu sił sowieckich obławy augustowskiej śmierć poniosło blisko 600 osób. IPN kwalifikuje ten mord jako zbrodnię przeciwko ludzkości.
- Sprawę Katynia można było zakończyć w połowie lat 90. Ale rosyjska prokuratura przedłużała śledztwo bez powodu. Przecież Putin i Miedwiediew przyznali, że dokonano zbrodni, wiadomo, kto jest jej sprawcą. Pytam więc, kto jeszcze powinien dać zgodę na odtajnienie materiałów - mówił w obszernym wywiadzie udzielonym "Naszemu Dziennikowi" w czerwcu br. prof. Nikita Pietrow. W książce pt. "Według scenariusza Stalina" historyk zacytował dokument z 21 lipca 1945 roku, w którym naczelnik kontrwywiadu wojskowego (SMIERSZ) Abakumow informuje Berię o planach likwidacji 592 "polskich bandytów", członków Armii Krajowej, aresztowanych w rejonie Puszczy Augustowskiej. - Dokument został odnaleziony bardzo dawno, w 1990 roku, kiedy przygotowywaliśmy materiały na proces o prawomocność dekretów Jelcyna delegalizujących Komunistyczną Partię Związku Sowieckiego. Razem z kolegami Nikitą Ochotinem i Arsienijem Roginskim byliśmy biegłymi Sądu Konstytucyjnego. Mieliśmy pełnomocnictwa umożliwiające badanie dokumentów w archiwach i poszukiwaliśmy dowodów na potwierdzenie zarzucanych partii komunistycznej przestępstw przeciwko konstytucji. Że nie była ona organizacją społeczną, a jednym z mechanizmów władzy. Znajdowaliśmy dużo dokumentów i te, które wydawały się przydatne do sprawy przeciwko KPSS, szły bezpośrednio do sądu - relacjonował Pietrow.
Radioszyfrogram dotyczący losów osób zatrzymanych w czasie obławy augustowskiej Pietrow znalazł w archiwum dawnego KGB, nie skopiował go, bo - jak tłumaczył - "wtedy jeszcze niezbyt dobrze znał historię polskiego ruchu oporu i nie do końca zdawał sobie sprawę z jego wagi". - Ale zwróciłem na niego uwagę, zrobiłem dokładny wypis, jednak zostawiłem to, gdyż nie miał wówczas znaczenia dla naszej sprawy: nie było tam żadnych konkretnych postanowień kierownictwa partii, a tylko plan, propozycja działania. I o tym dokumencie właściwie zapomniałem, bo nie zajmowałem się historią polskiego podziemia. Dopiero kilka lat temu Aleksandr Gurianow opowiedział mi o wnioskach polskiej prokuratury do naszej w tej sprawie. Wówczas przypomniałem sobie, że z czymś takim już się spotkałem, zacząłem przeglądać swoje stare zapiski. A ponieważ przygotowywałem książkę na temat działań organów bezpieczeństwa w Europie Wschodniej w latach 1945-1953, postanowiłem, że go w niej umieszczę i w ten sposób zostanie on ujawniony - mówił prof. Pietrow. Dokument znajduje się obecnie w dyspozycji Centralnego Archiwum Federalnej Służby Bezpieczeństwa. W opinii rosyjskiego historyka FSB nie ma żadnych podstaw prawnych, żeby odmówić jego odtajnienia. Jest on dowodem masowych represji i według prawa nie może pozostawać tajny.
Zenon Baranowski
Współpraca Piotr Falkowski
11 lip 2011
8 lip 2011
Lotniska zapasowe były albo i nie
Wraz ze zbliżającym się terminem publikacji raportu Millera pojawiały się głosy o zakresie odpowiedzialności strony polskiej za katastrofę. W tym kontekście nawet członkowie Komisji (prof. Marek Żylicz) sugerowali, że załoga nie miała przygotowanych lotnisk zapasowych. Co ciekawe, zupełnie odmienną ocenę wydał minister Miller, który oznajmił posłom, że "przygotowane były nawet dwa lotniska zapasowe". - Wszystko było w pełni przygotowane. Świadczy o tym to, co opublikowaliśmy, czyli stenogram rozmów. Na pytanie wieży o możliwość lądowania na lotniskach zapasowych padła odpowiedź - a o ile pamiętam, była to odpowiedź pierwszego pilota - w której podano wszystkie ważne dane, włącznie z tym, na ile wystarczy paliwa. Widać było, że gospodarz sprawdzał, czy te lotniska są realnie możliwe do wykorzystania, czyli są w zasięgu posiadanych zapasów paliwa - mówił Miller. Minister zapewniał, że te lotniska znajdowały się na terenie Białorusi i zostały uzgodnione z naszymi sąsiadami. - Krótko mówiąc, wszystkie właściwe organy państwa polskiego podjęły właściwe kroki, żeby nie tylko to lotnisko zostało udostępnione do posadzenia na nim samolotu, ale także, aby przewieźć stamtąd pasażerów do Katynia. Dotyczy to również kwestii logistycznych - mówił Miller.
Sugerował dodatkowo, że z punktu widzenia Komisji istotne są reguły funkcjonowania lotniska w Smoleńsku. - Te reguły można analizować bardzo ogólnie albo też bardzo głęboko, starając się dociec, czy było to zaniechanie, czy też rozwiązanie systemowe, czy zostało to źle zaprojektowane, czy też tylko zostało źle wykonane. Musimy to zbadać, gdyż nie mam zamiaru formułować wobec strony rosyjskiej zarzutów na zasadzie domysłów - mówił Miller. Te zarzuty opinia publiczna poznała podczas styczniowej prezentacji Komisji dotyczącej działalności służb naziemnych lotniska, która była ripostą na raport MAK pomijający odpowiedzialność strony rosyjskiej.
autorem tej serii art, jest Marcin Austyn
Sugerował dodatkowo, że z punktu widzenia Komisji istotne są reguły funkcjonowania lotniska w Smoleńsku. - Te reguły można analizować bardzo ogólnie albo też bardzo głęboko, starając się dociec, czy było to zaniechanie, czy też rozwiązanie systemowe, czy zostało to źle zaprojektowane, czy też tylko zostało źle wykonane. Musimy to zbadać, gdyż nie mam zamiaru formułować wobec strony rosyjskiej zarzutów na zasadzie domysłów - mówił Miller. Te zarzuty opinia publiczna poznała podczas styczniowej prezentacji Komisji dotyczącej działalności służb naziemnych lotniska, która była ripostą na raport MAK pomijający odpowiedzialność strony rosyjskiej.
autorem tej serii art, jest Marcin Austyn
5 lip 2011
2 lip 2011
NIEGODZIWE ATAKI NA TYCH CO NAPRAWDĘ KOCHAJĄ OJCZYZNĘ
Kiedy słucham bieżących informacji, czytam codzienną prasę, zdumiewają mnie i przerażają zamieszczone tam wiadomości. Słyszeliśmy o niedawnym orzeczeniu Sądu Okręgowego w Toruniu wobec dyrektora Radia Maryja o. dr. Tadeusza Rydzyka. Wszystkim wiadomo, że chodzi tutaj o stopniowe wyniszczanie toruńskiej rozgłośni. Zupełnie nie mogę zrozumieć, dlaczego te katolickie media nie mogą istnieć tak jak inne na rynku medialnym w Polsce. Dawno minęły czasy, kiedy w naszym kraju rządziła tylko "jedynie słuszna partia" z "Trybuną Ludu" w tle. Czyżby te czasy wracały? Wokół Radia Maryja i dzieł przy nim powstałych skupiona jest wielka Rodzina, do której i ja należę.

Złośliwi nazwali nas moherowymi beretami. Zupełnie mi to nie przeszkadza, nawet jestem z tego dumna. Uważam jednak, że jako wolny obywatel Rzeczypospolitej mam prawo słuchać, oglądać i czytać to, co mnie rozwija, kształtuje, sprawia duchową ucztę. Inni płacą za oglądanie różnych telewizji, a ja swoim wdowim groszem wspieram rozgłośnię, którą kocham. Czy ktoś może zabronić mi wolnego wyboru? Obecnie słyszę tylko złośliwe docinki. Nie wiadomo jednak, czy ktoś nie pobiegnie do sądu, a ten "nie zakuje mojej wolności w dyby". Cóż, moją obroną jest błagalna modlitwa do Matki Bożej Nieustającej Pomocy o ochronę tych katolickich mediów.

Niedawno usłyszałam w mediach, że są w Polsce ludzie, którzy chcą doprowadzić do badania psychiatrycznego pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Przypomina mi to czasy stalinowskie. Okazuje się, że samowola decydentów i sądów sięga szczytu. Zastanawiam się, kto dał im prawo poniżać i niszczyć godność człowieka. Pan Bóg przykazał nam kochać bliźniego jak siebie samego. Widocznie sprzeciwianie się woli Bożej daje zadowolenie i satysfakcję tym, którzy kierując się czystą złośliwością, chcą odebrać dobre imię dręczonemu człowiekowi.
Pan prezes Jarosław Kaczyński tak dużo wycierpiał w ostatnim czasie. Dlaczego jego prześladowcy nie potrafią okazać współczucia? A może boją się, że jako mąż stanu potrafi lepiej pokierować naszą Ojczyzną i ochronić ją przed całkowitym upadkiem? Wydaje mi się, że ten atak to element nieczystej gry przedwyborczej.
Józefa Kusz, KrasnobródPamięć za oceanem
Z Winnipegu napływają złe wieści dla lidera PO. Wbrew jego zaleceniom nie zanosi się tu na koniec "kwękolenia" po tragedii smoleńskiej. To, co lider określa cynicznie, ma jednak dla nas zupełnie inny wymiar. Właśnie doglądamy dzieł upamiętniających poległych pod Smoleńskiem 10 kwietnia zeszłego roku. Po odsłonięciu i poświęceniu kamiennego monumentu w Albrin Park i tablicy pamiątkowej na frontonie polskiego kościoła św. Andrzeja Boboli dokończyliśmy sadzenie 96 dębów.
Mają one symbolizować każdego uczestnika polskiej delegacji udającej się do Katynia w wigilię Święta Bożego Miłosierdzia. Dąb, w tradycji nie tylko polskiej, to okaz siły i trwałej pamięci. Te drzewa sadzono dla upamiętnienia ludzi szczególnie zasłużonych. O ich niezłomnej wierze i nadziei w dążeniu do wyznaczonych celów dęby będą przypominać współczesnym i potomnym. Z relacji krewnych ofiar wiemy, iż wielu z nich było przygotowanych na przyjęcie Eucharystii w Katyniu.
Jezus Miłosierny zaprosił ich jednak na agapę do swego królestwa. Ich męczeńska ofiara dana jest Narodowi Polskiemu jako zasiew nowego wzrostu i pogodzonej z Bogiem przyszłości. Pomocna w zrozumieniu sensu tej ofiary jest modlitwa za zmarłych w Liturgii żałobnej: "Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju (...), nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności" (Mdr 3, 2-4).
Nie możemy pogrążać się w stagnacji. Powinnością naszą jest wypełniać przekazany nam 10 kwietnia 2010 roku testament poległych polskich patriotów, ukazujący nam wolność, o którą ciągle trzeba zabiegać, a jednocześnie wskazujący na wybór roztropnych i sprawiedliwych mężów stanu. Wyrażamy nadzieję, że nasz przekaz będzie dla rodaków w kraju twórczą refleksją nad dokonywaniem przemyślanych wyborów, służących polskiej racji stanu, pomyślności państwa polskiego i jego obywateli.
Polska ma wysoki potencjał bogactw naturalnych i jeśli będzie zarządzana przez mądrych przywódców, będzie w stanie powstrzymać rosnący chaos moralny i falę emigracji zarobkowej. Wszak "wielu mądrych - to zbawienie świata, a król rozumny - to szczęście narodu" (Mdr 6, 24).
autorem art.jest - Piotr Wojciechowski, Winnipeg (Kanada)
Złośliwi nazwali nas moherowymi beretami. Zupełnie mi to nie przeszkadza, nawet jestem z tego dumna. Uważam jednak, że jako wolny obywatel Rzeczypospolitej mam prawo słuchać, oglądać i czytać to, co mnie rozwija, kształtuje, sprawia duchową ucztę. Inni płacą za oglądanie różnych telewizji, a ja swoim wdowim groszem wspieram rozgłośnię, którą kocham. Czy ktoś może zabronić mi wolnego wyboru? Obecnie słyszę tylko złośliwe docinki. Nie wiadomo jednak, czy ktoś nie pobiegnie do sądu, a ten "nie zakuje mojej wolności w dyby". Cóż, moją obroną jest błagalna modlitwa do Matki Bożej Nieustającej Pomocy o ochronę tych katolickich mediów.
Niedawno usłyszałam w mediach, że są w Polsce ludzie, którzy chcą doprowadzić do badania psychiatrycznego pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Przypomina mi to czasy stalinowskie. Okazuje się, że samowola decydentów i sądów sięga szczytu. Zastanawiam się, kto dał im prawo poniżać i niszczyć godność człowieka. Pan Bóg przykazał nam kochać bliźniego jak siebie samego. Widocznie sprzeciwianie się woli Bożej daje zadowolenie i satysfakcję tym, którzy kierując się czystą złośliwością, chcą odebrać dobre imię dręczonemu człowiekowi.
Pan prezes Jarosław Kaczyński tak dużo wycierpiał w ostatnim czasie. Dlaczego jego prześladowcy nie potrafią okazać współczucia? A może boją się, że jako mąż stanu potrafi lepiej pokierować naszą Ojczyzną i ochronić ją przed całkowitym upadkiem? Wydaje mi się, że ten atak to element nieczystej gry przedwyborczej.
Józefa Kusz, KrasnobródPamięć za oceanem
Z Winnipegu napływają złe wieści dla lidera PO. Wbrew jego zaleceniom nie zanosi się tu na koniec "kwękolenia" po tragedii smoleńskiej. To, co lider określa cynicznie, ma jednak dla nas zupełnie inny wymiar. Właśnie doglądamy dzieł upamiętniających poległych pod Smoleńskiem 10 kwietnia zeszłego roku. Po odsłonięciu i poświęceniu kamiennego monumentu w Albrin Park i tablicy pamiątkowej na frontonie polskiego kościoła św. Andrzeja Boboli dokończyliśmy sadzenie 96 dębów.
Mają one symbolizować każdego uczestnika polskiej delegacji udającej się do Katynia w wigilię Święta Bożego Miłosierdzia. Dąb, w tradycji nie tylko polskiej, to okaz siły i trwałej pamięci. Te drzewa sadzono dla upamiętnienia ludzi szczególnie zasłużonych. O ich niezłomnej wierze i nadziei w dążeniu do wyznaczonych celów dęby będą przypominać współczesnym i potomnym. Z relacji krewnych ofiar wiemy, iż wielu z nich było przygotowanych na przyjęcie Eucharystii w Katyniu.
Jezus Miłosierny zaprosił ich jednak na agapę do swego królestwa. Ich męczeńska ofiara dana jest Narodowi Polskiemu jako zasiew nowego wzrostu i pogodzonej z Bogiem przyszłości. Pomocna w zrozumieniu sensu tej ofiary jest modlitwa za zmarłych w Liturgii żałobnej: "Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju (...), nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności" (Mdr 3, 2-4).
Nie możemy pogrążać się w stagnacji. Powinnością naszą jest wypełniać przekazany nam 10 kwietnia 2010 roku testament poległych polskich patriotów, ukazujący nam wolność, o którą ciągle trzeba zabiegać, a jednocześnie wskazujący na wybór roztropnych i sprawiedliwych mężów stanu. Wyrażamy nadzieję, że nasz przekaz będzie dla rodaków w kraju twórczą refleksją nad dokonywaniem przemyślanych wyborów, służących polskiej racji stanu, pomyślności państwa polskiego i jego obywateli.
Polska ma wysoki potencjał bogactw naturalnych i jeśli będzie zarządzana przez mądrych przywódców, będzie w stanie powstrzymać rosnący chaos moralny i falę emigracji zarobkowej. Wszak "wielu mądrych - to zbawienie świata, a król rozumny - to szczęście narodu" (Mdr 6, 24).
autorem art.jest - Piotr Wojciechowski, Winnipeg (Kanada)
SPRAWDŻ - ZAGRAJ - OCEŃ
W tak zwanej wolnej Polsce moja piosenka "Nielegalne kwiaty, zakazany krzyż" znów stała się aktualna. Staliśmy się świadkami scen podobnych do tych ze stanu wojennego. Opozycję opluwa się tak jak w najgorszych czasach stalinowskich - rozmowa z Janem Pietrzakiem.
Radio Maryja odegrało zasadniczą rolę w kluczowym momencie bitwy o życie, która rozegrała się w Polsce w 1996 roku. Zawsze otwarte na obrońców życia. Zawsze po stronie najsłabszych członków polskiego Narodu - wskazuje Jan Maria Jackowski.
1 lip 2011
Tusk stawia na antykatolicyzm
Platforma Obywatelska dąży do całkowitej kontroli życia publicznego, przyznając sobie status absolutnego suwerena. Instytucja taka jak Kościół katolicki, który wypowiada się właśnie w sprawach publicznych, a nawet wprost politycznych, uznawana jest za niedopuszczalną konkurencję, którą należy strofować, ograniczać, a gdy trzeba, to i zwalczać.
Partia władzy, jaką jest Platforma Obywatelska, należy do Europejskiej Partii Ludowej, która również jest partią władzy, tyle że na poziomie Unii Europejskiej. Europejska Partia Ludowa (EPL) powstała w roku 1976 w ramach Międzynarodówki Chrześcijańsko-Demokratycznej. Słowo "międzynarodówka" ma znany nam wydźwięk, tyle że nawiązujący do komunizmu (międzynarodówka komunistyczna). Zwróćmy też uwagę, że EPL posiada swoją oficjalną deklarację ideologiczną, określoną mianem Manifestu wyborczego (2009). To również jest wymowne, bo przecież najbardziej znany jest Manifest komunistyczny napisany przez Karola Marksa w Brukseli. Czyżby EPL miała być pozytywną przeciwwagą komunizmu? Odpowiedzią chrześcijańską, tak jak to sugeruje nazwa tej nowej międzynarodówki? Byłoby to bardzo interesujące, ale czy prawdziwe?
Gdy zaglądamy do manifestu EPL, uderza nas, jak bardzo jest on ubogi ideowo. Kilka hasełek typu: "tworzenie nowych miejsc pracy", "kontynuowanie reform", promowanie zielonej technologii, elastyczny wymiar pracy dla rodziców. Nie ma ani jednego słowa o chrześcijaństwie, o wartościach chrześcijańskich, o dziedzictwie chrześcijańskim, nie mówiąc już o Panu Bogu. Po prostu nic, jakby chrześcijaństwo, Kościół katolicki, ludzie wierzący nie istnieli. Wynika stąd, że chrześcijańska geneza tej megapartii rozpłynęła się, a jeśli w jej skład nadal wchodzą różne partie chadeckie, czyli chrześcijańscy demokraci, to chyba tylko po to, żeby mieć udział w partii władzy.
Gra w chrześcijaństwo
Ale po co taka pusta nazwa, nawiązująca do chrześcijaństwa, za którą nic się nie kryje, która nic nie znaczy? Są dwie odpowiedzi. Pierwsza czysto koniunkturalna: nazwa ta ma zwabić elektorat chrześcijański, żeby na tę partię głosował. Masowy elektorat nie analizuje idei, jemu wystarczą nazwy, a ponieważ w Europie chrześcijanie stanowią formalnie największą grupę wyznaniową, to warto ten elektorat sobie zjednać. Druga odpowiedź ma charakter bardziej "spiskowy": chodzi o to, żeby chrześcijaństwo rozsadzić od wewnątrz, żeby przy pomocy partii zwanych chrześcijańskimi (teraz lub w przeszłości) prowadzić politykę realnie antychrześcijańską, ale w taki sposób, żeby to nie było zbyt czytelne dla większości elektoratu.
Wiele wskazuje na to, że oba motywy są obecne w EPL, a tym samym w PO, która stanowi przedłużenie tej międzynarodówki na Polskę. Platforma popierała i nadal popiera wielu katolików, ma ona też w swoich szeregach wiele osób, które deklarują przynależność do Kościoła. Tymczasem partie lewicowe wprost atakują Kościół i religię, a nawet w partiach takich jak dawna PZPR przynależność do Kościoła była wprost zakazana. EPL i PO takiego zakazu nie wprowadziły, a jednak potrafią prowadzić ostrą kampanię antykościelną. Dzieje się to na dwóch frontach. Pierwszy to front polityczny, EPL i PO dążą do całkowitej kontroli życia publicznego, przyznając sobie status absolutnego suwerena. Oznacza to, że dopuszczalne są lokalne organizacje, również religijne, ale organizacja taka jak Kościół katolicki, który wypowiada się właśnie w sprawach publicznych, a nawet wprost politycznych, uznawana jest za niedopuszczalną konkurencję, którą należy strofować, ograniczać, a gdy trzeba, to i zwalczać. Drugi to front ideologiczny, EPL i PO posiadają swoją wykładnię chrześcijaństwa, która jest niezależna od instytucjonalnego nauczania Kościoła. Wykładnia ta okalecza chrześcijaństwo w zasadniczych punktach. Ma to być chrześcijaństwo bez Chrystusa ukrzyżowanego i bez chrześcijańskiej moralności, stąd nieustanna i konsekwentna walka z krzyżem w miejscach publicznych, stąd legalizacja niemoralnych praw i demoralizacja społeczeństwa.
Uderzanie w Kościół
Popatrzmy na konkretne przykłady z naszego podwórka. Zacznijmy od obecnego prezydenta, a byłego członka PO, Bronisława Komorowskiego. To on zadecydował o zakazie obecności i usunięciu krzyża smoleńskiego z Krakowskiego Przedmieścia, czyli z miejsca publicznego, uzasadniając, że miejsce krzyża jest w kościele, czyli w przestrzeni lokalnej i zamkniętej. To on zemścił się na ks. płk. Sławomirze Żarskim za patriotyczne kazanie, blokując możliwość jego nominacji na ordynariusza polowego Wojska Polskiego, tak jakby prawo do patriotyzmu w sferze publicznej było nie bezcenną cnotą, ale towarem reglamentowanym przez władze polityczne. A premier? Niejednokrotnie podkreślał, i to w sposób ostentacyjny, swój antykatolicyzm, mówiąc, że "nie będzie klękał przed księdzem". Środowiska jednoznacznie identyfikujące się z Kościołem określał mianem "czarnych", stawiając je w równym rzędzie z komunistami ("czerwonymi"), Rodzinę Radia Maryja pogardliwie określił mianem "moherowych beretów". Promuje też antykatolicką moralność w takich sprawach jak zapłodnienie in vitro czy legalizacja związków homoseksualnych, nie mówiąc już o legalizacji narkotyków. W sukurs idzie mu minister zdrowia, która dodatkowo uznaje standardy podwójnej moralności - chrześcijańska ma obowiązywać w domu i w gronie najbliższych, a niechrześcijańska, czy po prostu antychrześcijańska, w pracy ("nasze przekonania zostawiamy w przedpokoju urzędu" - sprawa dotyczyła aborcji). Albo minister spraw zagranicznych, który poucza księdza, jakie ma prawa obywatelskie, by następnie złożyć na niego swego rodzaju donos do Watykanu.
Przykłady można mnożyć, przynosi je każdy dzień, a im bliżej wyborów, tym będzie ich coraz więcej. Jeśli PO postawi głównie na elektorat lewicowy, to zaostrzy kampanię antyklerykalną, choć dla swoich katolickich zwolenników też coś znajdzie, bazując choćby na sympatiach personalnych, doraźnych korzyściach czy katolicyzmie wybiórczym, któremu nie przeszkadza brak konsekwencji i koherencji w tym, co się głosi i co się robi. Jednak to wszystko są zagrywki i rozgrywki, obliczone na zdezorientowanego lub po prostu leniwego wyborcę. Bo w rzeczywistości naciera na nas jakaś międzynarodówka, która w ramach przyjętej strategii raz Kościół kokietuje, innym razem szkaluje, raz nęci, innym razem mu grozi. Wyraźnie jednak widać, że tak naprawdę jest to międzynarodówka socjalistyczna, ponieważ faktem politycznym jest jej prawodawstwo, które tak jak socjalizm przypisuje sobie prawo do decydowania o życiu człowieka (aborcja, eutanazja, in vitro), o modelu małżeństwa (związki homoseksualne) i rodziny (odbieranie praw rodzicielskich prawowitym rodzicom, a nadawanie ich homoseksualistom), o modelu społeczeństwa (cywilno-obywatelskie, a nie narodowo-kulturowe). Ale przecież taka ideologia utrwalona przez stanowione prawo jest ze wszech miar antychrześcijańska. A to ona jest prawdziwym obliczem EPL i PO, i taką Europę, taką Polskę, bez prawdziwych wartości, partie te budują. Niestety, również rękami chrześcijan.
Chrześcijaństwo zobowiązuje
Warto więc popatrzeć na to, co dzieje się w naszym kraju z nieco szerszej perspektywy, wtedy widać lepiej i wyraźniej. Wówczas przypadkowe wyskoki wyższych urzędników państwowych wcale nie będą takie przypadkowe, lecz wpiszą się w szerszy scenariusz, który warto znać, by przyłożyć doń swoją rękę lub w pełni świadomie jej nie przykładać, pamiętając, że chrześcijaństwo zobowiązuje nie tylko w życiu prywatnym, ale i w życiu publicznym. Nie ma tu ani dwójmyślenia, ani dwójsumienia, a polityka, jeśli ma być chrześcijańska, nie zwalnia ani z wiary, ani z moralności.
Prof. Piotr Jaroszyński
Autor jest kierownikiem Katedry Filozofii Kultury KUL.
Partia władzy, jaką jest Platforma Obywatelska, należy do Europejskiej Partii Ludowej, która również jest partią władzy, tyle że na poziomie Unii Europejskiej. Europejska Partia Ludowa (EPL) powstała w roku 1976 w ramach Międzynarodówki Chrześcijańsko-Demokratycznej. Słowo "międzynarodówka" ma znany nam wydźwięk, tyle że nawiązujący do komunizmu (międzynarodówka komunistyczna). Zwróćmy też uwagę, że EPL posiada swoją oficjalną deklarację ideologiczną, określoną mianem Manifestu wyborczego (2009). To również jest wymowne, bo przecież najbardziej znany jest Manifest komunistyczny napisany przez Karola Marksa w Brukseli. Czyżby EPL miała być pozytywną przeciwwagą komunizmu? Odpowiedzią chrześcijańską, tak jak to sugeruje nazwa tej nowej międzynarodówki? Byłoby to bardzo interesujące, ale czy prawdziwe?
Gdy zaglądamy do manifestu EPL, uderza nas, jak bardzo jest on ubogi ideowo. Kilka hasełek typu: "tworzenie nowych miejsc pracy", "kontynuowanie reform", promowanie zielonej technologii, elastyczny wymiar pracy dla rodziców. Nie ma ani jednego słowa o chrześcijaństwie, o wartościach chrześcijańskich, o dziedzictwie chrześcijańskim, nie mówiąc już o Panu Bogu. Po prostu nic, jakby chrześcijaństwo, Kościół katolicki, ludzie wierzący nie istnieli. Wynika stąd, że chrześcijańska geneza tej megapartii rozpłynęła się, a jeśli w jej skład nadal wchodzą różne partie chadeckie, czyli chrześcijańscy demokraci, to chyba tylko po to, żeby mieć udział w partii władzy.
Gra w chrześcijaństwo
Ale po co taka pusta nazwa, nawiązująca do chrześcijaństwa, za którą nic się nie kryje, która nic nie znaczy? Są dwie odpowiedzi. Pierwsza czysto koniunkturalna: nazwa ta ma zwabić elektorat chrześcijański, żeby na tę partię głosował. Masowy elektorat nie analizuje idei, jemu wystarczą nazwy, a ponieważ w Europie chrześcijanie stanowią formalnie największą grupę wyznaniową, to warto ten elektorat sobie zjednać. Druga odpowiedź ma charakter bardziej "spiskowy": chodzi o to, żeby chrześcijaństwo rozsadzić od wewnątrz, żeby przy pomocy partii zwanych chrześcijańskimi (teraz lub w przeszłości) prowadzić politykę realnie antychrześcijańską, ale w taki sposób, żeby to nie było zbyt czytelne dla większości elektoratu.
Wiele wskazuje na to, że oba motywy są obecne w EPL, a tym samym w PO, która stanowi przedłużenie tej międzynarodówki na Polskę. Platforma popierała i nadal popiera wielu katolików, ma ona też w swoich szeregach wiele osób, które deklarują przynależność do Kościoła. Tymczasem partie lewicowe wprost atakują Kościół i religię, a nawet w partiach takich jak dawna PZPR przynależność do Kościoła była wprost zakazana. EPL i PO takiego zakazu nie wprowadziły, a jednak potrafią prowadzić ostrą kampanię antykościelną. Dzieje się to na dwóch frontach. Pierwszy to front polityczny, EPL i PO dążą do całkowitej kontroli życia publicznego, przyznając sobie status absolutnego suwerena. Oznacza to, że dopuszczalne są lokalne organizacje, również religijne, ale organizacja taka jak Kościół katolicki, który wypowiada się właśnie w sprawach publicznych, a nawet wprost politycznych, uznawana jest za niedopuszczalną konkurencję, którą należy strofować, ograniczać, a gdy trzeba, to i zwalczać. Drugi to front ideologiczny, EPL i PO posiadają swoją wykładnię chrześcijaństwa, która jest niezależna od instytucjonalnego nauczania Kościoła. Wykładnia ta okalecza chrześcijaństwo w zasadniczych punktach. Ma to być chrześcijaństwo bez Chrystusa ukrzyżowanego i bez chrześcijańskiej moralności, stąd nieustanna i konsekwentna walka z krzyżem w miejscach publicznych, stąd legalizacja niemoralnych praw i demoralizacja społeczeństwa.
Uderzanie w Kościół
Popatrzmy na konkretne przykłady z naszego podwórka. Zacznijmy od obecnego prezydenta, a byłego członka PO, Bronisława Komorowskiego. To on zadecydował o zakazie obecności i usunięciu krzyża smoleńskiego z Krakowskiego Przedmieścia, czyli z miejsca publicznego, uzasadniając, że miejsce krzyża jest w kościele, czyli w przestrzeni lokalnej i zamkniętej. To on zemścił się na ks. płk. Sławomirze Żarskim za patriotyczne kazanie, blokując możliwość jego nominacji na ordynariusza polowego Wojska Polskiego, tak jakby prawo do patriotyzmu w sferze publicznej było nie bezcenną cnotą, ale towarem reglamentowanym przez władze polityczne. A premier? Niejednokrotnie podkreślał, i to w sposób ostentacyjny, swój antykatolicyzm, mówiąc, że "nie będzie klękał przed księdzem". Środowiska jednoznacznie identyfikujące się z Kościołem określał mianem "czarnych", stawiając je w równym rzędzie z komunistami ("czerwonymi"), Rodzinę Radia Maryja pogardliwie określił mianem "moherowych beretów". Promuje też antykatolicką moralność w takich sprawach jak zapłodnienie in vitro czy legalizacja związków homoseksualnych, nie mówiąc już o legalizacji narkotyków. W sukurs idzie mu minister zdrowia, która dodatkowo uznaje standardy podwójnej moralności - chrześcijańska ma obowiązywać w domu i w gronie najbliższych, a niechrześcijańska, czy po prostu antychrześcijańska, w pracy ("nasze przekonania zostawiamy w przedpokoju urzędu" - sprawa dotyczyła aborcji). Albo minister spraw zagranicznych, który poucza księdza, jakie ma prawa obywatelskie, by następnie złożyć na niego swego rodzaju donos do Watykanu.
Przykłady można mnożyć, przynosi je każdy dzień, a im bliżej wyborów, tym będzie ich coraz więcej. Jeśli PO postawi głównie na elektorat lewicowy, to zaostrzy kampanię antyklerykalną, choć dla swoich katolickich zwolenników też coś znajdzie, bazując choćby na sympatiach personalnych, doraźnych korzyściach czy katolicyzmie wybiórczym, któremu nie przeszkadza brak konsekwencji i koherencji w tym, co się głosi i co się robi. Jednak to wszystko są zagrywki i rozgrywki, obliczone na zdezorientowanego lub po prostu leniwego wyborcę. Bo w rzeczywistości naciera na nas jakaś międzynarodówka, która w ramach przyjętej strategii raz Kościół kokietuje, innym razem szkaluje, raz nęci, innym razem mu grozi. Wyraźnie jednak widać, że tak naprawdę jest to międzynarodówka socjalistyczna, ponieważ faktem politycznym jest jej prawodawstwo, które tak jak socjalizm przypisuje sobie prawo do decydowania o życiu człowieka (aborcja, eutanazja, in vitro), o modelu małżeństwa (związki homoseksualne) i rodziny (odbieranie praw rodzicielskich prawowitym rodzicom, a nadawanie ich homoseksualistom), o modelu społeczeństwa (cywilno-obywatelskie, a nie narodowo-kulturowe). Ale przecież taka ideologia utrwalona przez stanowione prawo jest ze wszech miar antychrześcijańska. A to ona jest prawdziwym obliczem EPL i PO, i taką Europę, taką Polskę, bez prawdziwych wartości, partie te budują. Niestety, również rękami chrześcijan.
Chrześcijaństwo zobowiązuje
Warto więc popatrzeć na to, co dzieje się w naszym kraju z nieco szerszej perspektywy, wtedy widać lepiej i wyraźniej. Wówczas przypadkowe wyskoki wyższych urzędników państwowych wcale nie będą takie przypadkowe, lecz wpiszą się w szerszy scenariusz, który warto znać, by przyłożyć doń swoją rękę lub w pełni świadomie jej nie przykładać, pamiętając, że chrześcijaństwo zobowiązuje nie tylko w życiu prywatnym, ale i w życiu publicznym. Nie ma tu ani dwójmyślenia, ani dwójsumienia, a polityka, jeśli ma być chrześcijańska, nie zwalnia ani z wiary, ani z moralności.
Prof. Piotr Jaroszyński
Autor jest kierownikiem Katedry Filozofii Kultury KUL.
29 cze 2011
Koniec greckich mitów - Polsko czy Ciebie też to czeka ??
ZBLIŻAMY SIĘ DO KATASTROFY FINANSOWEJ - KIEDY RZĄD POLSKI OGŁOSI UPADŁOŚĆ?????KTO DA WIĘCEJ DO K....... ILE CZASU NAM ZOSTAŁO - A MOŻE RZĄD R.P. ZDA RELACJE KTO MA NAJWIĘKSZĄ CHRAPKĘ NA NASZĄ OJCZYZNĘ ? NA ILE NAS WYCENIONO ??
55. rocznica Poznańskiego Czerwca
Uroczystości przy bramie Fabryki Pojazdów Szynowych w Poznaniu rozpoczęły wczoraj obchody 55. rocznicy Poznańskiego Czerwca 1956 roku. Robotnicy Zakładów im. Stalina - dzisiejszy H. Cegielski SA 28 czerwca 1956 r. podjęli pod hasłami "Chleba i wolności!" strajk generalny i zorganizowali masową demonstrację uliczną brutalnie stłumioną przez komunistyczne władze. Wczoraj przed tablicą upamiętniającą pracowników komunikacji miejskiej uczestniczących w wydarzeniach Czerwca 1956 roku, Jacek Pietrzak, przewodniczący NSZZ "Solidarność" w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym, uznał, że hasła, z którymi szli robotnicy 55 lat temu, są aktualne także dziś. - Widzimy, co się robi na naszym podwórku, w mieście, które pokazało, jak należy walczyć o wolność, chleb i pracę. Zakłady są likwidowane, szaleje bezrobocie. Teraz pytanie: co dalej? -panie premierze, ile jeszcze jest POLSKI w naszej Ojczyżnie?28 cze 2011
DLA KAŻDEGO COŚ MIŁEGO - ZAGLĄDASZ - KLIKASZ - CZYTASZ
DECYZJĘ PODEJMUJESZ
KUPUJESZ :):):)
CIĄG DALSZY NASTĄPI..:):)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


